Katastrofa UFO nad Polską? Autor: Janusz Zagórski
W kręgu ufologów sprawę tą znano szerzej od drugiej połowy lat osiemdziesiątych. Dopiero jednak świeżo zrealizowany w iście amerykańskim stylu program TVN zrobił z tzw. incydentu gdyńskiego "temat". Jeśli to wszystko prawda, to mamy do czynienia z jednym z najbardziej bezprecedensowych wydarzeń w dziejach Polski.
23 stycznia 1959 roku dziennikarka "Głosu Wybrzeża" Wanda Odyja odebrała
telefon od państwa Ponczkierów z Gdyni informujących o dziwnym, świecącym obiekcie na niebie widzianych przez nich tego dnia po 6 rano.
Pani redaktor opublikowała tą relację i poprosiła czytelników, którzy widzieli
to zjawisko o kontakt z redakcją. Po tygodniu zaczęli zgłaszać się świadkowie,
którzy relacjonowali jeszcze bardziej niezwykłą historię z 21 stycznia 1959 roku. Otóż tego dnia do basenu Portu Gdyńskiego wpadł jakiś dziwny, świecący obiekt.
Człowiekiem, który w tamtych czasach zajął się prywatnie zbadaniem tej
sprawy był ówczesny główny inżynier portu pan Alojzy Data. Na podstawie zebranych wówczas informacji mógł on teraz pokazać dokładnie miejsce upadku tego obiektu. Było to pomiędzy chłodnią a magazynem nr 6 Basenu 4 Portu Gdyńskiego.
Udało się, mimo upływu lat, odnaleźć ludzi, którzy bezpośrednio widzieli upadek tego obiektu do wody. Pan Jan Roczyński, b. pracownik portu powiada jak pracując z kolegami na statku "Dąbrowski" usłyszeli przenikliwy zgrzyt i szybki spadek 2-3 metrowego "przedmiotu" jarzącego się kolorem ciemno-pomarańczowym. Gdy obiekt wpadł do wody, ta aż zagotowała się w tym miejscu. Drugi świadek pan Stanisław Kołodziejski również były pracownik portu widział coś w rodzaju płonącej 150 litrowej beczki błyskawicznie wpadającej do wody, która natychmiast zasyczała. Zaraz potem podjęto próby poszukiwawcze. Najpierw robli to cywilni nurkowie. Później przejęli to wojskowi. Wszystkim świadkom nakazano bezwzględnie milczeć.
Gdy pracownicy gromadzili by oglądać czego tam szukają UB-owcy przeganiali ich tłumacząc, że szukają niewypału z czasów wojny. W okresie tych poszukiwań wiele osób widziało na niebie kilka do kilkunastu kilometrów od ziemi obiekt w kształcie srebrzystego dysku wiszący nad portem przez 2-3 dni. Wśród pracowników rozniosła się wieść, że na plaży znaleziono pół żywą człekopodobną istotę ubraną w kombinezon. Miała ona zostać pojmana i przewieziona do szpitala, gdzie specjalnymi nożycami do metalu zdjęto jej szczelnie przylegający do ciała kombinezon.
W momencie zdjęcia z jej ręki "bransolety" istota ta zmarła. Niestety nie udało się znaleźć w żadnym szpitalu w Trójmieście śladów autopsji domniemanego humanoida. Tajmemnicą poliszynela było, że zarówno szczątki obiektu jak i ciało tej istoty zabrali Rosjanie. Badaczom tego zdarzenia i dziennikarzom udało dotrzeć się do wojskowego, który nie zgodził się wprawdzie ujawnić swoich personaliów, ale potwierdził fakty podane powyżej. Stwierdził on, że będąc przed laty w Dęblinie trafił przypadkowo na ściśle tajny dokument . W szarej teczce bez tytułu i nazwisk autorów znajdowało się ok. 150 stron raportów polskich pilotów, którzy widzieli UFO oraz zapis faktów z odnalezienia wraku pozaziemskiego pojazdu i istoty nie będącej członkiem ludzkiej rasy. Dowodem na odmienność tej istoty był m.in. jej układ krwionośny zbudowany odmiennie od ludzkiego.
Czy mamy polskie Roswell? Może wreszcie odezwą się u nas jawnie w tej sprawie wojskowi. Na Zachodzie znaleźli się już tacy odważni w sprawie katastrof UFO na ich terenie. |